SAM_3792

Pinkroom w podsumowaniu 2014 roku

Pinkroom w rocznym podsumowaniu.

http://polkazwinylami.blogspot.com/2015/01/pokowy-album-roku-2014-podsumowanie.html
Styczeń od zawsze jest czasem mniej lub bardziej bzdurnych podsumowań minionego roku. Na Półce też takiej bzdurki nie mogłoby zabraknąć. Bo jakżeby inaczej! Dlaczego Półka miałaby być gorsza? Trzeba 2014 podsumować i basta, bez zmiłowania. Tym bardziej, że na Półce zajmuję się muzyką, której nie uświadczy się w mainstreamowych mediach podsumowujących.
Tam, wiadomo, zawsze Kazik, Maleńczuk, Myslovitz jako szczyt alternatywy, kiedyś był Kukiz, ale odkąd zaczął bredzić o polityce wszystkie media go zbanowały, albo jakieś modne gwiazdy z radia czy festiwali (te z kolei nie bredzą, bo ciężko im sklecić poprawne zdanie), które włóczą się od telewizyjnej imprezy do plenerowej potupajki na dniach wsi Kokocko, bo biletowanej imprezy nie zagrają, z bardzo zresztą prostego powodu – nikt nie chce zapłacić za ich słuchanie. Rzućmy więc w kąt głośne premiery, a przyjrzymy się temu odłamowi polskiej sceny, który rzeczywiście tworzy – jeśli nie sztukę – to rzeczy, za które ten biedny i zawistny naród powinien być z siebie dumny.
Tradycyjnie dla podsumowań rzecz będzie skrajnie subiektywna, a za obszar moich poszukiwań najlepszej płyty roku 2014 obieram sobie art-rock i rock progresywny oraz to wszystko co mi się spodoba. Jasne, wielu rzeczy nie słuchałem, albo o nich kompletnie zapomniałem. Myślę, przykładowo, że spokojnie w zestawieniu znalazłby się zespół Rust (przynajmniej po tym, co słyszałem w teledyskach) z albumem “White Fog”, ale najzwyczajniej w świecie nie zdążyłem się z krążkiem zapoznać. Wszystkiego przesłuchać się nie da – czasem nawet nie z braku czasu, ale funduszy.
Tym bardziej, że było z czego wybierać. Może więc odnotuję z paroma słowami komentarza, kto między innymi był brany pod uwagę w typowaniu na PÓŁKOWY POLSKI ALBUM ROKU 2014.
Alternatywno rockowy, wysoko oceniany OCN “Watefall”, bardzo udany w dyskografiinewspaperflyhunting “Iceberg Soul”, przyjemna w odbiorze koncertówka CREE “20 urodziny LIVE!”, trochę stetryczały, ale wciąż smakowity ”Honey Trap” Johna Portera, wreszcie dobry na odmóżdżenie Dr Misio ze swoim “POGO”. Były jeszcze całkiem niezłe gitarowe debiuty: Ted Novak Trio na “Rural Crisis” ruszył w stronę industrialnego, crimsonowego klimatu, Michał Milczarek Trio zaś na “Squirrels and Butterflies” ładnie flirtował z estetyką Pata Metheny’ego. Nie gorzej prezentował się Cochise ze swoim “118″, panowie grunge mają we krwi. Te albumy, i wiele innych, ciekawe wprawdzie, ale odpadły już w przedbiegach o tytuł. Za wysoki poziom postawili sobie konkurenci, a po drugie inni bardziej trafili w mój gust.
Konkurs główny zacznijmy może – zupełnie jak Wiesław Myśliwski w “Ostatnim rozdaniu” – od literki “A”.
Tu bowiem czają się panowie z bydgoskiego Art Of Illusion ze swoim “Round Square Of The Triangle” (wydanym przez niezmordowane LYNX MUSIC). Ten progresywno metalowy zespół z free jazzowymi odjazdami (powiedzmy więc, że fusion) zaserwował album z klasy absolutnie światowej, nie mogło więc zabraknąć go w półkowym podsumowaniu. Drapieżne riffy, gitarowe warkocze, wirtuozerskie solówki, wszystko to Art Of Illusion ma w jednym paluszku. Byliby zapewne najlepszymi przedstawicielami wirtuozerskiego progresywnego metalu gdyby nie grupa Joseph Magazine, milcząca od dłuższego czasu, więc być może mamy nowego lidera w tej kategorii progresywności – no, może jeszcze chłopaki z Animations, ale oni techniczną progresję zostawili za sobą. Tak, “Round Square Of The Triangle” był kandydatem do tytuły płyty roku, ale jeszcze nie tym razem – głównie zresztą dlatego, że metal progresywny to nie moja działka. Niemniej doceniam i otwarcie przyznaję, że to absolutna czołówka ubiegłego roku na światowym poletku gatunku w jakim obraca się Art Of Illusion.
Po drodze zahaczmy o rodzimych post rockowców. Zacznijmy od wartego wzmianki albumu grupy THESIS “Z dnia na dzień na gorsze”, bo jest w tej muzyce jakiś magnetyzm. Mocne, gitarowe riffy; niezwykle emocjonalny wokalista, potrafiący zresztą również porządnie ryknąć; wreszcie elementy z pogranicza psychodelii i progresji. Rzecz, która może się spodobać fanom kapel typu Coma czy Hunter. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do większości prezentowanych artystów, Thesis śpiewają po polsku. Z post rockowego poletka podobał mi się również mini-album grupy Blank Faces “A Course of Infinites Escape”. Chłopakom brakuje przede wszystkim porządnego studia, które pozwoliłoby im zaprezentować wszystkie siedzące w głowie pomysły, a łby mają od nich napuchnięte. W swej mrocznej atmosferze bardzo blisko Blank Faces do ostatniego, GENIALNEGO albumu Blindead “Absence”, może dlatego tak miło mnie się “A Course of Infinites Escape” słuchało.

W podsumowaniu musi znaleźć się też debiut grupy The Gate. Kiedy słuchałem ich “Faceless”, to przez cały czas cieszyłem się jak dzieciak po raz pierwszy wpuszczony na plac zabaw. Panowie bawią się muzyką, aż miło. Jest to gitarowy, progresywny rock’n’roll/hard rock trochę jakby spod znaku RUSH, momentami nawet czuć atmosferę The Doors. Pachnie latami ’70 zarówno w inspiracjach jak i brzmieniu. Najlepsze, że mimo wrzucenia na “Faceless” kilku dość rozbudowanych utworów, nie czuć tu patosu – jest rześko, z kopytem, zabawowo, ale i ambitnie. Słowem – za ten debiut piątka panowie! Zaraz obok – jak to pisał magazyn Lizard – wschodząca gwiazda polskiej progresji, zespół Walfad z drugim już albumem “An Unsung Hero, Salty Rains & Him”. To trochę wariacja na temat tego jak brzmiałby Bryan Adams na gruncie progresywnego rocka, bo Wojciech Ciuraj ma w głosie coś z maniery słynnego Kanadyjczyka. Słucha się go zresztą fantastycznie, podobnie jak całego albumu zespołu z Wodzisławia Śląskiego, gdzie gęsto jest od klawiszy i perkusji, a robi się hard rockowo od gitar. Zdaje się, Walfad już znaleźli swoje brzmienie, które jest na tyle charakterystyczne, że spokojnie wybija się z tłumu podobnych. Oby jak najwięcej tak udanych płyt od zespołu! Nowy album zaserwował też bydgoski Xanadu i nie mogło oczywiście zabraknąć “Follow the Instinct” w zestawieniu. Gęsty, atmosferyczny rock progresywny z odjazdami space rockowymi, dość mroczny, ze świetnym wokalistą i przestrzennym brzmieniem. Płyta z gatunku wymagających skupienia i obycia w art rockowym światku. W zamian za uwagę rewanżuje się świetnymi konceptami, przykuwającymi uwagę, bardzo emocjonalnymi wokalami i ciężkim, dusznym klimatem.

Głośno było również o nowym albumie telewizyjnych bywalców z grupy TUNE. Długo zresztą żeśmy na “Identity” czekali. Warto było! Jest topornie, mroczno, angażująco i emocjonalnie – pachnie TOOLem. Genialne brzmienie, fantastyczny wokal i wreszcie przesiąknięte z lekka grungeową depresją utwory. Nowy album TUNE to bez wątpienia jedno z najlepszych dzieł minionego roku w Polsce, ale w zestawieniu Półki nie najlepsze. Podobnie jak płytka od MILLENIUM (kolejny przedstawiciel LYNX MUSIC), ostatnio niezwykle aktywnego. “In Search Of The Perfect Melody” to rzeczywiście wspaniałe neoprogresywne dzieło z misternie skonstruowanymi, wielowątkowymi utworami, do tego po mistrzowsku operującymi klimatem i melodią. Tyle, że od Millenium właściwie takie rzeczy już dostawaliśmy, nawet w nieco lepszym wydaniu (ubiegłoroczne “Ego”). Ale to nie jest tak, że to źle. Absolutnie! Po prostu każdy album Millenium to wspaniała muzyczna przygoda i nie inaczej jest z “In Search Of The Perfect Melody”, który każdy wielbiciel ambitnego grania powinien czym prędzej przesłuchać i postawić na półce.
Bardzo przyjemną neoprogresję nagrał też Maze of Sound. Na ich „Sunray” jest coś z Marillionu, wczesnego Pendragon, nawet krakowskiego Albionu. To bardzo romantyczna, pastelowa muzyka z chwytającymi za serce ścieżkami wokalnymi. Wystarczająco na niezwykle ciekawy i udany debiut, za mało na podium. Niemniej panowie rokują na przyszłość – jak się rozwiną, na to pytanie być możemy usłyszmy odpowiedź w jakimś przyszłym notowaniu na polski album roku. Miejmy nadzieję, że rozwiną się tak szybko jak State Urge, którzy debiutowali przed zaledwie dwunastoma miesiącami rewelacyjnym “White Rock Experience”, a w tę zimę, praktycznie rzutem na taśmę, bo pod sam koniec grudnia, opublikowali równie udany “Confrontation” (kolejna udana pozycja od LYNX MUSIC). Z ich powodu lekko opóźniło się półkowe podsumowanie. Wszak było wiadomo, że State Urge powalczą o podium i rzeczywiście, czołówka polskich art-rocków roku. To wielka sztuka tak szybko skomponować niezwykle intrygujący i przykuwający uwagę materiał, a na “Confrontation” aż roi się od charakternych numerów pełnych barw i zmian nastroju. Szkoda, że byli lepsi.
Osobiście długo walczyłem by zrozumieć zmiany jakie zachodzą w mojej ulubionej Osadzie Vida. Zespół przekształcił się diametralnie i, jak widać po stale przybywających fanach, słusznie czyni. Niemniej pozostanę fanem pierwszych trzeć albumów Osady. To oczywiście nie przeszkadzało w tym, by “The After Effect” brać pod uwagę w podsumowaniu. Piosenkowa progresja, z naleciałościami Teatru Marzeń oraz progresywnego hard rocka lat ’80. Wyszło przebojowo, bajerancko, wielobarwnie. Ludziom się spodobało, mnie zresztą też, ale nie na tyle, by postawić “The After Effect” na podium. Blisko byli też panowie z Corruption. Na następcę GENIALNEGO “Bourbon River Bank” kazali czekać cztery lata, ale jak już coś nagrali to ziemia się rozstąpiła, piekło włączyło ogrzewanie na full, bo oto “Devil’s Share” sieje rozpierduchę aż miło. Stoner metal poziomu światowego! Jest tu wszystko czego oczekuje się od porządnego pierdolnięcia, nie od dziś zresztą wiadomo, że Corruption nie rozczarowuje. Progresji i artu u nich nie ma, ale rozróba pierwszorzędna. Wielu może się poobrażać, że z cięższego grania pominąłem “The Satanist” Behemotha. To z tego względu, że metale spod znaku Nergala są mi zasadniczo obce, nie mam więc słusznego porównania. Niemniej “The Satanist” też się bardzo podobał.
http://polkazwinylami.blogspot.com/2014/11/osada-vida-after-effect.html
Na zupełnie innym biegunie grania jest zespół Digit All Love. Neurotyczna, niepokojąca, a nawet z lekka schizofreniczna “Augusta” to jeden z najlepszych tegorocznych, artystycznych trip hopów na świecie. Portishead i Massive Attack, gdyby ich to jeszcze interesowało, powinni czuć się zagrożeni. Poważne zmiany zaszły w Digit All Love, bo zespół opuściła Natalia Grosiak, ale Joanna Piwowar-Antosiewicz bez kompleksów idealnie wpasowała się w ten niepokojący nastrój z “Augusty”. Grupa bez wątpienia zrobiła kolejny krok w drodze do stworzenia arcydzieła gatunku, dlatego następnej płyty pod szyldem Digit All Love będę wyczekiwał z niecierpliwością.
http://polkazwinylami.blogspot.com/2014/10/digit-all-love-augusta.html
My zaś przejdźmy do ścisłej czołówki. To są już projekty, które przysporzyły mi niemało kłopotu, bo właściwie wszystkie zasługują na podium.
Na miejscu czwarty, podobno tym najgorszym, usadziłem nowe dziełko spod skrzydeł projektu Rafała Żaka Ordinary Brainwash. Jego album “#I’mNotAddicted”, garściami czerpiący z dokonań Stevena Wilsona, udał się wybitnie. To bardzo wymagający art-rock ze sporymi naleciałościami progresywnymi i elektronicznymi. Niezwykle sugestywny, uduchowiony, klimatyczny i wreszcie zatopiony w dojrzałej melancholii. Żak wie dla kogo gra – serwuje muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia i zrozumienia konwencji. Takie ballady jak “Selfie” czy “Forever20″ udowadniają ile wyczucia melodii ma Żak. Album zaskakuje tym bardziej, że został nagrany w domowym studiu, a udostępniony za darmo w Internecie. Wersja fizyczna więc póki co nie istnieje. Ja mógłbym “#I’mNotAddicted” słuchać i słuchać, w największym skupieniu, by nie uronić choćby nutki. Potwornie doskonała płyta!
http://polkazwinylami.blogspot.com/2014/12/ordinary-brainwash-imnotaddicted.html
Miejsce trzecie będzie – a co mi tam! – ex aequo. Wpierw Lunatic Soul i “Walking On A Flashlight Beam”. Solowy projekt Mariusza Dudy, który w tym roku przeszedł samego siebie. Riverside od jakiegoś czasu jest dla mnie zespołem dość obcym, właściwie to od zamierzchłych czasu “Second Life Syndrome” jest nam z Riverside nie po drodze. Wydanych po roku 2005 tworów kapeli nie bardzo rozumiem – owszem, słucham, ostatni „Shrine of New Generation Slaves” nawet mnie się podobał. No, ale wreszcie Duda miło mnie połechtał, bo muzyka z “Walking On A Flashlight Beam” to piekielnie duszna, klaustrofobiczna, mroczna a wreszcie i oniryczna podróż. Prócz ambientowych plam dźwięku i progresywnych zagrywek, najważniejszy jest tu rytm. Duda usypia, wprowadza w trans, hipnotyzuje i tak przez godzinę. Kiedy się z tego mrocznego świata, albo może mrocznego snu Lunatic Soul wychodzi, to z lekkim sercem, bo wreszcie można zaczerpnąć świeżego powietrza, uspokoić się, bo świat jednak jest kolorowy, chociaż Duda przez ostatnią godzinę twierdził zupełnie inaczej.
Obok Lunatic Soul stoi projekt różniący się właściwie wszystkim od poprzednika. Pastelowe, krótkie piosenki utrzymane w duchu psychodelicznego rocka lat ’60, trochę w klimatach pierwszego Pink Floyd i Syda Barretta. Ileż tu jest melodii, ile barw, ile objazdowego cyrku i błazeństwa. Brakuje tylko wycinających w slipach kankana karłów. The White Kites stworzyli chyba jeden z najciekawszych i najdziwaczniejszych polskich debiutów ostatnich lat. Album“Missing” to rzecz tak różna od wszystkiego co się dziś nagrywa, że niepodobna pomyśleć, że The White Kites pochodzą z naszej planety. Nie idzie o to, że to awangardowe – tylko w pewnym sensie. Najlepsze w “Missing” jest to, że pełno tam świetnych, chwytliwych i wpadających w ucho melodii. Więc jest dziwnie, ale przy tym ciepło i gościnnie. Jakby na godzinę przenieść się w świat z filmów Terrego Gilliama. WSPANIAŁOŚĆ!
http://polkazwinylami.blogspot.com/2014/09/the-white-kites-missing.html
Miejsce drugie, z braku większej ilości miejsc na podium, ponownie ex aequo. Tym razem dwie czarne płyty.
Pierwsza z nich to kolejny w zestawieniu przedstawiciel Lynx Music – nie ma się co dziwić, krakowski wydawca specjalizuje się w polskim artystycznym roku – Jerzy Antczak, gitarzysta Albion, z albumem “Ego, Georgius”. Antczak zrobił płytę zupełnie jakby pode mnie. Trochę Floydów, trochę Tangerine Dream, bardzo rytmiczną, wszystko w duchu niezwykle klimatycznego art-rocka. Album leniwy, chwytający za serce, pełen wyśmienitych solówek i podniosłych momentów. Jest w tych numerach duch starej szkoły art-rocka, która nie stara się nic udowadniać, ale kreuję atmosferę, zabiera ze sobą w inny świat i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. “Ego, Georgius” w moim odtwarzaczu zagościł na początku grudnia, ale od tamtej pory cały czas do albumu wracam, szczególnie mojego ulubieńca, rozciągniętego w czasie dziedzica spuścizny Tangerine Dream: “The Gods Of Our Planet”. Obcując z płytą Antczaka, wiem czego artysta słucha na co dzień i co go fascynuje – z prostego powodu: mnie fascynuje to samo. Miłość od pierwszego przesłuchania!
http://polkazwinylami.blogspot.com/2014/07/pinkroom-unloved-toy.html
Drugą płytą ze średniego stopnia podium jest “Unloved Toy” zespołu Pinkroom. Przy okazji recenzji wspomniałem, że Pinkroom “to grupa, której warto słuchać, i na którą warto czekać”. Tak jest w istocie. Panowie po wydanym dawno temu, spektakularnym “Psychosolstice” (2010), przypomnieli o sobie krążkiem “Unloved Toy” i wciąż udowadniają, że wiedzą co chcą grać. Jest w tym coś z Porcupine Tree, solowego Wilsona, ale przede wszystkim King Crimson z czasów “The Power to Believe”. Mroczna, rytmiczna płyta pełna gitarowych warkoczy, elektronicznych momentów i pomysłowych fragmentów. Absolutne “MUSZĘ ZNAĆ!” tego sezonu.  Miejmy tylko nadzieję, że na następną porcję muzyki od Pinkroom nie będziemy musieli czekać tak długo – wszystko w rękach słuchaczy. Ciężko wprawdzie z dostępnością płyt zespołu, ale myślę, że panowie na wiadomości ze swego pinkroomowego maila zawsze odpowiadają.
No i tegoroczny zwycięzca, a zarazem czarny koń igrzysk:
http://polkazwinylami.blogspot.com/2014/05/spiral-cloud-kingdoms.html
Stawiając na pierwszym miejscu zespół Spiral sam siebie zaszokowałem. Mało z nerwów żyłka nie strzeliła. Nie mogłem zaczerpnąć tchu, taki to był szok! Chciałem, żeby na lidera poszedł album najbardziej wartościowy, a niekoniecznie taki, który mnie się najmocniej w ubiegłym roku podobał. Tak więc, oczywiście po niekrótkich konsultacjach z samym sobą, wybór padł na“Cloud Kingdoms”. To wcale nie jest moja ulubiona płyta minionego roku, nie jest też albumem, do którego najczęściej wracam, ale siląc się niejako na obiektywizm w tym subiektywnym zestawieniu stwierdziłem, że Spiral zaserwowali album najmocniej naznaczony pomysłem na siebie. Bo “Cloud Kingdoms” miesza w kotle gatunków: trip hop, art-rock, progresja, post-rock, metal, a nawet pop. Wyszła z tego mieszanka niepowtarzalna, baśniowa i pewnie właśnie za ową niepowtarzalność Spiral wznoszą teraz puchar mistrza i zakładają dumnie szarfę z napisem PÓŁKOWY POLSKI ALBUM ROKU 2014. Tym bardziej, że jest to zespół bardzo młody. Urzekli wirtuozerią, odrealnieniem, dopracowaniem numerów do ostatniej nutki, przestrzenią jaką kreują dźwiękiem, wokalnymi wojażami Urszuli Wójcik (swoją drogą fanem kobiecych wokali również nie jestem, chyba że jakiś szepta do mnie po francusku), ale też bezpretensjonalnością i zwiewnością kompozycji. Ten rzeszowski zespół jest ewenementem na skalę światową, grają coś, czego nikt inny w naszym kraju (tylko delikatne skojarzenia z Soma White) nie gra. Za granicą też ze świecą szukać tak ciekawego tworu. Oczywiście Spiral nie wszystkim się spodoba, ale tylko ślepiec nie dostrzeże jak wyjątkowe dźwięki serwuje “Cloud Kingdoms”.
Chwila dla reporterów!
Link:

0 18