11016737_10153092388305309_8093250048792350302_n

Peotycka recenzja

Mieszkam sobie, żyję, pracuję od kilkudziesięciu lat w Bydgoszczy, mieście mało znanym w naszym kraju, a jeżeli już ktoś posiada jakieś informacje, to nie wykraczają one poza halę „Łuczniczka”, miejsce ważnych imprez sportowych i niestety rzadziej rockowych, albo kultowy zagranicą klub „Mózg”. Może się mylę, ale stan ten nie zawsze zgodny jest z rzeczywistym wizerunkiem miasta. Także tym rockowym. A śmiem twierdzić, że można mówić bez krępowania o zjawisku bydgoskiej sceny rockowej. W roku 2006 Urząd Miasta zdecydował się z okazji 660- lecia grodu na wydanie składankowej płyty CD, zatytułowanej „Piosenki bydgoskie”. Tytuł zwodniczy, bo nie sugeruje w żadnym wypadku zawartości krążka, który wypełniły utwory zespołów grających bardzo różną muzykę, ściślej bądź luźniej powiązaną z rockiem. Dopiero studiując listę wykonawców niektórzy złapali się za głowę, nie mogąc uwierzyć, że w ramach jednego miasta tworzy tak wiele kapel, dodajmy tworzy profesjonalną muzykę. Nie wiem, czy te grupy znane są czytelnikom MM, ale uczciwie zachęcam do zapoznania się z ich twórczością, niekiedy objętościowo skromną, ale bardzo wartościową. Roan, 3moonboys, Dezire, Dubska, Green Grass, Variete, Ecstasy Project Trio. A oprócz nich nie należy zapominać o wielce zasłużonym w latach 90-tych Abraxas, następnie Assal&Zen, czy o nowych projektach, między innymi George Dorn Screams, Popo, Chainsaw, Biuro Karier, Xanadu czy Pinkroom. Rozpiętość stylistyczna niesamowita, od heavy metalu przez jazz rock aż do rocka progresywnego i alternatywy. Ten być może przydługi wstęp posłużył mi jako element wprowadzenia do właściwego tematu tego tekstu, formacji Pinkroom i ich debiutanckiego albumu „Psychosolstice”. Posiadam ten krążek od kilku miesięcy i słuchając 10 kompozycji nie mogę się nadziwić, że debiutanci fonograficzni potrafili zagrać tak dojrzale, profesjonalnie i stworzyć materiał bez słabych punktów, niezwykle urozmaicony, godny każdego „ucha”. Album zawiera muzykę wymagającą od słuchacza skupienia, nie toleruje powierzchownego potraktowania i potrafi to w dwójnasób wynagrodzić. Jeżeli już miałbym szukać punktów odniesienia, to wskazałbym na King Crimson z okresu trylogii „Discipline”, „Beat”, „Three Of The Perfect Pair”, Tool, Porcupine Tree oraz ze względu na powalające melodie Blackfield. Nie znajdziemy w tym zapisie rozbudowanych konstrukcji, tylko dwie przekraczają siedem minut, ale nie należy tej cechy zapisywać po stronie minusów. Muzycy Pinkroom udowadniają, że także w kilkuminutowych ramach skompensować można wiele świeżych pomysłów, połączyć „bezboleśnie” multum wątków rytmicznych, zmieniać klimat i manipulować brzmieniem. Takie podejście do rockowej materii spowodowało, że płyty słucha się z zapartym tchem, „wypatrując” coraz to nowych niespodzianek, pojawiających się zaskakująco często, inteligentnie spiętych klamrą utworu. Nie jest to muzyka „słodka” dla „grzecznych dziewczynek i chłopców”, niesamowicie zadziorna, potrafi stać się drapieżna, surowa i chropowata, a następnie „popłynąć” z prądem nostalgii, wyciszenia, akustycznej subtelności. Ciekawe, że powyższe akcenty rozkładają się „sprawiedliwie” we wnętrzu każdej kompozycji, czyniąc z nich niezłe zbiorowisko przeróżnych tonów, nastrojów, harmonii. Godny podkreślenia jest także fakt, że mimo tej brzmieniowej wielobarwności, „politematyczności” całość jest bardzo spójna, logicznie ułożona, symetryczna. Nawet w przypadku licznych na płycie kontrastów nie wywołują one u odbiorcy poczucia dezorientacji, a wewnętrzny głos woła w takich chwilach „O kurde, ale udało im się bezbłędnie przejść przez pozornie wykluczające się strefy”. Dla mnie wyznacznikami tej publikacji są na przykład momenty powiązania miękkich tonów melotronu z agresywnymi riffami gitar w chyba najlepszym na CD „Path Of Dying Truth”, zestawienie skrajności w utworze „Buried Hopes”, w którym początkowo dochodzi do pojedynku bardzo dynamicznego cyklu dźwięków gitarowo- basowo- perkusyjnych z subtelnymi, „pachnącymi” ciut balladą fragmentami z sennym, takim marzycielsko rozmytym wokalem. Innym pozytywem, którego nie sposób zignorować są niewątpliwie hojnie dozowane pasaże melodyczne, praktycznie w każdym kawałku. Te melodie są najczęściej tak śliczne, że chwytają za serce natychmiast, ale po chwili nadchodzi refleksja, że to w pewnym zakresie ryzykanckie działanie, ustawienie na pięciolinii obok siebie w pozycji brzmieniowych przyjaciół zabójczej melodyjności, dosłownie „zmiatanej” za moment agresywnym gitarowym sztormem. Świetnym pociągnięciem było też znalezienie miejsca w przestrzeni kilku kompozycji dla partii solowych wiolonczeli. Magia i hipnoza. Super. No i jeszcze jedna ogólna wzmianka na korzyść płyty, nierzadko wykorzystano talent twórców do rzeczowych improwizacji, w których muzycy mają rzeczywiście wiele do „powiedzenia” i stanowiących fundament niektórych odcinków instrumentalnych.

„Path Of Dying Truth” (7:19)- ze smutnej ciszy wypełnionej wiolonczelową mgłą wyłania się urokliwy song, „miękka” brzmieniowo piosenka, ciepła i słonecznie uśmiechnięta, nabierając wraz z upływającym czasem wokalnej i instrumentalnej dosadności, mocy i determinacji. Ten muzyczny akapit przechodzi po trzeciej minucie w zyskującą z każdą sekundą na dynamice formę z potężnym „walnięciem” gitar po 4:40. Zniknęły jak wirtualny obraz lekkość, beztroska i odrobinę popowy „sznyt” na rzecz szarpiących umysł elektrycznych strun, bliższych heavy metalowym nutkom aniżeli soft progresywnej, wcześniejszej wypowiedzi. Struktura utworu staje się gęsta, a bardzo ekspansywnie poczynają są pozornie niewinne keyboardowe plamki ze świata psychodelii, intrygujące tajemniczymi dźwiękowymi szelestami scince fiction. Choć na te detale słuchacz otwiera uszy dopiero po kilku spotkaniach w tym ponad 7-minutowym trackiem.

„Buried Hopes” (3:53)- akustyczny wstęp znika błyskawicznie po 20 sekundach, zmieciony wybuchem elektrycznych „wioseł” odpalających rezerwy mocy, a „nabuzowane” energią potencjometry skaczą zwariowane po skali głośności. Ten cyklon wycisza się, by dopuścić na front głos, leniwy, senny, rozmarzony, „podrasowany” elektronicznie. Ale, gdy tylko wokal kończy swoją kwestię z powabną linią melodyczną, ponowna erupcja gitar jest nieunikniona i to one królują już do końca w tej dynamicznej, instrumentalnie hard and heavy kompozycji.

„Dispersion” (5:23)- kolejny świetny rytmicznie i melodycznie, urozmaicony numer, w pierwszej fazie, tej wokalnej bardzo „blackfieldowy”, z wyraźnym podziałem kwestii na zwrotkę- refren. W tle snują się gdzieś w zakamarkach instrumenty klawiszowe, „marudząc” jakieś psychodeliczno- kosmiczne dźwięki. Taki stan trwa do granicy 1:40, po której do głosu zaczynają dochodzić początkowo epizodycznie, mocarne riffy. Głównym rozdającym role pozostaje głos i jego przyjemna melodia, jednakże po 3 minucie rośnie napięcie podbijane „mową” gitar, kreślących rozmazane figury rytmiczne. Po czterech minutach w utworze nie pozostała ani drobina z pierwotnego wizerunku, władzę przejmują krótkie, urywane i agresywne riffy.

„Quietus” (5:29)- może mam złe skojarzenia, ale wstęp nawiązuje rytmicznie do fragmentu „Thela Hun Ginjeet” z albumu „Discipline” (1981) Karmazynowego Króla. Nie jest to natrętne naśladownictwo, lecz rodzaj zauroczenia hipnotycznym rytmem, ale to wyłącznie moja „teoria”. Nie zmienia to faktu, że atmosfera staje się nasycona klimatycznymi, przestrzennymi cząsteczkami, a odbiorca czuje się jak „rejestrator” jakiegoś misteryjnego obrządku. Świadomie jednostajny rytm w tle, na pierwszym planie solowa gitara generująca dziwne, powolne, rozciągnięte tony. Po 3:20 kompletny żywioł, sprzęgające gitary, ściana programowego „hałasu”, urwana w okolicy 3:50, by powrócić jak coda do wcześniejszego motywu. Jeżeli w utworze muzycznym można wykreować odczucia, a moim zdaniem można, to muzykom Pinkroom udało się stworzyć klimat strachu, obawy, niepewności, niepokoju przed czymś bliżej nieznanym i nieokreślonym. Może to głupie, co napiszę, ale tym numerem można kogoś nieźle nastraszyć, a mam świeżo w pamięci wykonanie „Careful With That Axe Eugene” The Australian Pink Floyd.

„Curse” (6:26)- napływające fale niesamowitości, skojarzenia z wczesnym, psychodelicznym okresem działalności Floydów. Pojedyncze szepty struny gitary, pieszczące talerze szczotki perkusyjne. Sporo w tym przekazie mroku i narastającej intensywności. Bardziej wyrazisty, jednostajny motyw melodyczny, intonowany przez gitarę po 2:20. Multum przeszkadzajek, generujących strzępki tonów, wpływających na nastrój. Gdyby cisza i mrok nocy mogły przemówić, zrobiłyby to w taki właśnie sposób. Sferyczne piękno otula ten instrumentalny utwór od początku do finału.

„2am” (7:42)- słuchacz rzucony na „głęboką wodę” agresywnego brzmienia, „podrapany” pazurami gitar, „przywalony” ścianą dźwięków ostrych jak brzytwa gitar, jazgotliwych i surowych, przypominających elektryczny „spacer” po strunach, zbliżający się do standardu heavy metalu i punk rocka. Niesamowicie motoryczna, tryskająca energią umowna część pierwsza utworu kończy się na granicy 2. minuty ekstremalnym przełomem. „Ucieka” prąd, ulatniają się tony zgrzytliwego „hałasu”, pozwalając zaistnieć pół- akustycznym strunom i emanującym łagodnością i melodyjnością wokalowi. Po minucie kolejne cięcie, powrót do radykalnego metalu, by po 20 sekundach powtórzyć manewr z wejściem na ścieżki subtelnej piosenki. Taka to już kompozycja, zbudowana na fundamencie kontrastów, odlotowym rytmie i konfrontacji dźwięków z różnych szuflad.

„Moodroom v.2” (4:36)- reminiscencje z albumu dźwięku, którego właścicielem jest Robert Fripp i spółka. Miks „karmazynowego” rocka, muzyki fusion z głębokimi śladami jazzu (krótka, acz wyrazista partia trąbki), a nawet muzy klasycznej (ach, ta wiolonczela w środku, „płacząca” rzewnymi łzami nostalgii). Ciekawa konstrukcja, tło w postaci jednorodnej figury rytmicznej gitary, na którym poruszająca „przemowa” smyków, przerywana kilkusekundowymi, drastycznymi „krzykami” elektrycznej gitary. Liczne zmiany rytmu, brzmienia, zakresu melodycznego czynią ten utwór dla uważnego fana jedną wielką niespodzianką.

„Stonegarden” (6:46)- jako forma intro manipulowanie pokrętłem radioodbiornika (Pink Floyd „Wish You Were Here”?), następnie pojawiają się industrialne, „szare” tony, z zalewu których powoli wyłania się piękny song, leniwy, „uwodzicielski” wokal i klawiszowe plamki. Z głębi dobiegają spokojne tony samplowanego fletu i ponownie głos, ale „podretuszowany” ciut elektroniką. 3:20 i kompletne zaskoczenie, w zapomnienie ulatuje wcześniejszy klimat, robi się bardziej motorycznie pod wpływem „rakietowo odpalonych” gitar, te jednak kilkukrotnie pozwalają się „wyłączyć” ustępując miejsca w przestrzeni brzmieniowej innym „aktorom”. Kolejny dowód profesjonalnego rozumienia przez twórców zasad harmonii, współbrzmienia dźwięków i dojrzałości w kreowaniu układu kompozycyjnego.

„Days Which Should Not Be” (6:24)- ponownie spotkanie ze złożonym, w warstwie rytmicznej „poskręcanym” songiem, zmiennym jak kobieca natura, momentami zdecydowanie gitarowym, z urodziwą melodią i harmoniami wokalnymi wędrującymi niedaleko dzieła Riverside. Jednakże rockmani z Pinkroom nie byliby sobą, gdyby nie „namotali” we wnętrzu kompozycji i nie zarejestrowali spokojniejszych pasaży, przeplatając je masywnymi wstawkami gitarowymi. Po 4:20 królową „balu” zostaje wiolonczela powalająca wzruszającą, wywołującą ciarki partią solową przesyconą „przepięknym” smutkiem i żalem w każdej nutce.

„Recognized” (2:40)- kameralny, refleksyjny nastrój intymności z zadumą i liryzmem w tle w tej balladowej opowieści. Dużo akustyki, symetrycznych linii instrumentalnych, zakłócanych czasami keyboardowymi, kosmicznie brzmiącymi „drobiazgami”.

Już teraz z niecierpliwością wyczekiwał będę następnej fonograficznej publikacji Pinkroom. Są dwie możliwości, albo mnie zdołuje brakiem pomysłów, albo, a ja skłaniam się raczej ku tej drugiej opcji, potwierdzi wszystkie zalety debiutu. Słuchając albumu Psychosolstice” nie sposób się nudzić, także za n-tym przesłuchaniem, ponieważ otrzymaliśmy bardzo proporcjonalne dzieło rocka progresywnego z wieloma odniesieniami do innych stylistyk. Zawodowo wyprodukowane wydawnictwo, które co najważniejsze potrafi ciszyć uszy fana, dalekie od komercji i powtarzalności, z wyraźnymi elementami dopiero kształtowanego, własnego stylu artystycznej wypowiedzi. Krążek o zawartości godnej polecenia każdemu, nawet bardzo wymagającemu odbiorcy, który po zapoznaniu się z tymi dziesięcioma kompozycjami otrzymuje gwarancje estetycznej satysfakcji.

8/ 10
Włodek K.

0 12